Wróciły jak zwykle o tej porze roku. Osiadały na twarzy, zastygały i wysychały. Wnikały głęboko do płuc, aż za mostek. Tam przebijały się przez ścięgna i kości próbując dostać się do mięśnia sercowego. Potem nagle zniknęły. Zostawiły pustkę, czarne dziury podobne do plam zgniłej trawy w topniejącym śniegu albo nowotworowych nacieków. Ich głosy unosiły się jeszcze na wietrze postukując o parapet. Czasem możliwe było nawet rozróżnienie niektórych z nich, szczególnie kiedy stało się niedaleko Zamku, albo kiedy chmury opadały dostatecznie nisko żeby zawisnąć na trakcji trolejbusowej niczym wielkie, poszarzałe ze starości prześcieradła. W niektóre pogodne dni można było zobaczyć je wszystkie razem kiedy rozsiadały się na ulicach, chodnikach i trawnikach. Pozwalały się wtedy czytać jak pożółkłe kartki książki z dzieciństwa, wyciągniętej spod starej szafy. Szybko jednak znów rozpływały się w powietrzu, w którym zostawały tylko rozmyte cienie.
Kuurrwa, jeedź baranie, co za ludzie, pierwszeństwo masz idioto! I tak jestem spóźniony, nie wyrobię na 21:02 pod zamek. Co za debil to wymyślił, kutwa, znowu, pani zaczeka do przystanku, tak, 2 złote. Dobra, jest Ikarus, więc wszystko gra, może to Tadek? Dziś miał być na 10tce. Dlaczego to musi być jak w zegarku to nie wiem, rozkład jazdy rozumiem, ale żeby tak pilnować żeby przegubowce stadami jeździły to nie rozumiem tego. Ale to nie moja sprawa, nie będę się zastanawiał nad tym, co mnie to obchodzi. No dawaj, Ile? Dwa? Nie ma drobniej? Nie wydam pani. Odliczone kwoty muszą być, czytać nie umie? Jeszcze jeden? A legitymacja jest? Panie, co pan mi dajesz, co to jest? Jakiś eurostudent, co to kuźwa jest! To se możesz w dupę wsadzić. O w mordę, znów ten bezdomny z butelkami, zaśmierdzi cały wóz. A potem do mnie pretensje. No wyprzedzaj, wyprzedzaj gościu. Uhu, ale zaleciało pieczywkiem. Mam nadzieję, że Beata coś upichciła dzisiaj, ileż można wpieprzać zupki chińskie. Co on będzie robił? Skręcał? Albo sam nie wie gdzie jechać, zagramaniczny, WND, WND, skąd to rejestracja jest. No a ten co robi? Puści? Ok, dzięki. Zaraz, zaraz ja cię pamiętam, sałaciarzu, jak żeś mi się wciął w pas na Alejach, zarzygany. Co to, błyska się? Może jakiś koncert na placu zamkowym? Przecież poniedziałek, nic się nie dzieje. Gościu, zdecyduj się, wsiadasz czy nie, bo zamykam, znowu zielone mi ucieknie, cholera!
Coraz rzadziej widuję się jednorękiego portiera. Może już nie żyje? W końcu kiedy byłem w ósmej klasie to miał już ze 60 lat. Nie chodzę też pić piwa w krzakach pod zamkiem, odkąd dowiedziałem się, że dyrektor ogólniaka kupił sobie nowy teleobiektyw. Kiedyś wydawało mi się, że pod Mini Barem Yogi widziałem sora od matematyki, ale było już ciemno i na pewno było to tylko złudzenie. Co jakiś czas dostaję jeszcze upomnienia o zaległych opłatach ze studium pomaturalnego lub pełne gróźb i rozpaczy listy od byłej żony, ale przepaść w pamięci rośnie coraz szybciej. Przeszłość roztapia się, spływa ulicą i dziesiątkami drobnych strumyczków wpada do rzeki (jeśli w ogóle tak można nazwać rów ze ściekami dzielący dzielnicę, w której mieszkam od śródmieścia). A ja napełniam nią wszystkie butelki i słoiki jakie tylko są w domu. Jak brakuje to przynoszę z hipermarketów. Często gęsto ochrona jest w porządku i pozwalają poszperać w kontenerach na śmiecie. Różne, szklane, plastikowe, najlepsze są 5cio litrowe bukłaki po wodzie. Jest tego już tak dużo, że trudno poruszać się po mieszkaniu. Dlatego od pewnego czasu pakuje w pudła, też ze sklepów, i ustawiam jedne nad drugimi. Aż pod sufit. Wiem, grożą mi eksmisją. Podobno śmierdzi. Ale nie przejmuję się. Robią to już od przeszło 30 lat i jakoś nic się nie dzieje. A ja uwielbiam jak do pokoju wpada słońce i mieni się w tych wszystkich słojach, słoikach i butelkach. Albo księżyc. Dziś jednak nic z tego. Mgła jest zbyt gęsta.
Krążył po mieście od tygodni, a być może miesięcy. Nie potrafił tego stwierdzić. Upływ czasu stał się pojęciem abstrakcyjnym. Próbował przypomnieć sobie cel nieustających wędrówek, ale bez skutku. Wydawało mu się, że odkryje go po każdym kolejnym przejściu jednej z 50 opracowanych przez siebie tras, zawsze jednak kończyło się tylko zmęczeniem i opuchniętymi stopami. Mimo to chodził nadal, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Dlatego tym większym szokiem było dla niego to, na co natknął się zupełnie przypadkiem któregoś niedzielnego popołudnia po raz kolejny przechodząc tego dnia przez plac zamkowy. Wydawało mu się, że ktoś klepnął go po ramieniu, ale kiedy się obejrzał, wokół nie było nikogo. Przez ułamek sekundy czuł jeszcze lekkie mrowienie na lewej ręce. Bezwiednie cofnął się pół kroku i wtedy poczuł dotknięcie czegoś twardego. Odruchowo wyciągnął rękę przed siebie a dłoń równie odruchowo zacisnęła się na czymś, co w dotyku przypominało drewniany drążek. Zlany zimnym potem ze strachu i zdumienia, kierując się dotykiem odkrył, że trzyma w ręku coś w rodzaju zwisającej z góry niewidzialnej drabinki sznurowej. Zaczął rozglądać się trwożnie dookoła będąc przekonanym, że zwariował. Jednak nadal trzymał w rękach coś, czego nie widział ale co niewątpliwie fizycznie i materialnie istniało. Szarpnął za drążek. Drabinka trzymała się mocno. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że ma jeszcze dużo czasu. Z wysiłkiem, jako że najniższy szczebel drabinki był na wysokości jego pasa, zaczął wspinać się do góry. Uważnie obserwował przechodzących w pobliżu ludzi, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Wiał lekki wiatr i gdy dotarł na wysokość mniej więcej drugiego piętra drabinka zaczęła się huśtać, co sprawiło, że ze strachu omal się nie puścił i nie spadł. Był cały mokry, serce biło tak, jakby chciało zgruchotać mostek a mięśnie nóg zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Był już na wysokości Zamku i kościelnych wież. Gdyby nie czuł w dłoniach i pod nogami niewidzialnych, lecz twardych i mocnych szczebli, pomyślałby, że umarł a jego dusza opuściła ciało i wznosi się do góry. Ale jego ciało było tu, na górze, a nie na dole. Ostatnim wysiłkiem zrobił jeszcze jeden krok w górę i z całej siły uderzył o coś głową. Syknął z bólu ale nie stracił równowagi. Miał nad sobą niewidzialną ścianę, do której przymocowana była drabinka. Wyciągnął rękę i ze zdumieniem natrafił na klamkę. Otworzył małe, kwadratowe drzwi i z trudem podciągnął się do góry. Siedział teraz na czymś, czego nie widział, widział za to wszystko dookoła: bladoniebieskie niebo, szary, zamglony horyzont i panoramę miasta pod sobą. Wstał. Miał pod stopami niewidzialną podłogę. Zrobił kilka kroków, lecz tu także natrafił na boczne, pionowe ściany. Wyciągnął ręce do góry i stwierdził, że nad sobą ma przezroczysty sufit. Nie było tam dużo miejsca ale można było się wygodnie położyć i swobodnie przewrócić z boku na bok. Było to niesamowite wrażenie; być zawieszonym w powietrzu a jednocześnie solidnie ogrodzonym niewidzialnymi ścianami. Było tam cieplej niż na zewnątrz, chociaż kategorie wewnątrz – na zewnątrz traciły w tym wypadku swoje znaczenie.
Zaczął przychodzić tam częściej, o różnych porach dnia. Później także w nocy. Nadal nikt nie zwracał na niego uwagi, kiedy wspinał się po niewidzialnej drabince. Robił to jednak coraz sprawniej i wystarczyło mu kilka ruchów, żeby znaleźć się pod przezroczystym dachem. Przynosił sobie jedzenie a w zimne dni herbatę w termosie. Lubił wyrzucać na zewnątrz foliowe worki po kanapkach i patrzeć jak unoszą się w szalonym, niekontrolowanym tańcu. Oznaczał je na pół wypisanym markerem i potem znajdował w odległych częściach miasta. Zbierał je i ponownie wysyłał w przestworza z niewidzialnego domu. Na początku czuł się bardzo nieswojo podczas burz i ulewnego deszczu. Ogromne krople spadały znikąd i rozpryskiwały się po zewnętrznej stronie sufitu a podczas silnych wiatrów cały domek trząsł się i drżał. Z czasem jednak przekonał się, że było tam całkowicie bezpiecznie. W zimowe noce śnieg oblepiał niewidzialne ściany i całkowicie odgradzał od świata. Było cicho i ciepło. Z czasem zauważył, że przestrzeń pomieszczenia zrobiła się jakby większa. Mógł swobodnie wstać i zrobić kilka długich kroków. Przez powiększony otwór, na linie z pasków od spodni, udało mu się wciągnąć stare łóżko polowe, które ktoś wystawił pod blokowym zsypem. Teraz całymi dniami leżał patrząc się w niebo lub na ziemię. Lubił obserwować ruchliwe jak w ulu okolice dworca PKS i bazar. Liczył samochody przejeżdżające w czasie zmian świateł. Uderzyło go to, że były to względnie stałe liczby. Od 11 do 15 było to zawsze około 50 pojazdów w każdym kierunku. Nigdy nie zdarzyła się zmiana bez żadnego samochodu. Przestał czekać na taki przypadek po 4 nieprzespanych nocach i znów wrócił do gapienia się w niebo. Mimo łuny światła bijącej od miasta przez sufit widać było czarną przestrzeń usianą gwiazdami. Potem znów zaczął obserwować ruch uliczny, a szczególnie autobusy komunikacji miejskiej zatrzymujące się na przystanku koło dworca. Z góry widział ich dachy, które sunęły ociężale kryjąc pod sobą kłębowisko myśli i spojrzeń. Długie ikarusy i neoplany, krótsze jelcze i mercedesy. Z czasem zauważył pewną regularność w pojawianiu się autobusów zwykłych i przegubowych. Po kilkunastu dniach śledzenia pojazdów doszedł do wniosku, że ta regularność nie jest przypadkowa. Na początku nie przywiązywał do tego żadnego znaczenia, ale gdy spróbował zapisać swoje obserwacje, dokonał wstrząsającego odkrycia.
O, dziękuję pani Halinko, nie, nie będzie już pani potrzebna, nie, dziękuję, naprawdę, poradzę sobie, tak, do widzenia. Co za wstrętna baba, mógłbym nią dzieci straszyć, gdybym je miał, nareszcie chwila spokoju. Co za dzień, jak ja to wytrzymuję, ale może to i dobrze, że czas tak szybko leci? Przecież to wszystko i tak polega na czekaniu. Cały czas czekać, cały czas ocierać się o światło, o tajemnicę, to jest tak jakby całe kawałki duszy były porozrzucane w różnych miejscach. Chodzisz wokoło, nie widzisz ich, ale czujesz ich obecność, i tak cały czas. Ciągłe czekanie. Co, nie przejrzałem jeszcze korespondencji? Skąd tego tyle, nie, jutro, dzisiaj za późno niech sobie poczekają, a, te skargi, ależ tego jest, że też ludziom chce się tracić czas na takie bzdury, przecież i tak się na nie nie odpowiada i każdy to ma w dupie, o, właśnie, nieuprzejme zachowanie się kierowcy, tu też, tu też, ale ja się im nie dziwię jak bilety muszą sprzedawać podczas jazdy, każdy by się wściekł, a to co, „na tablicach autobusów znajdują się nazwy w innym języku, prawdopodobnie po portugalsku”, co za świry…, o, jest coś o zmianie rozkładu jazdy... „zwracam się wienc, naucz się pisać głąbie, do szanownej dyrekcji o zwienkszenie ilości kursów linii 10 w godzinach rannych”, ooo kochany, coś ty myślał, że dla twojego komfortu pozbawię się jedynej rzeczy, jaka mi została, jedynej modlitwy, którą odmawiam całym swoim życiem? Całym tym cholernym miastem? Ciężko harowałem na tę fuchę, pięć lat nad moim misternym planem, nauczyć się całego rozkładu na pamięć, każdej linii, godzin, przystanków, o, jeszcze pamiętam... piętnastka w dzień powszedni: 5:04, 5:27, 5:38, 5:50, mogę tak jeszcze długo, każdy głupi się może tego nauczyć, gdyby wiedzieli, a jak chwalili nowy rozkład, że taki ekonomiczny, a tu co, znowu nocnych linii chcą. Chociaż w sumie ... a może i to dobry pomysł? Przecież to miasto umiera wraz z ostatnim autobusem, pieniądze się znajdą, podniesiemy ceny biletów, cokolwiek, trzeba będzie tylko zrobić autobusom świecące dachy, żeby było widać z daleka, z góry, albo nie, na każdym dachu umieści się żarówki, żeby niby było widać reklamy po bokach, podniesie się więc cennik na ogłoszenia, cholera, pewnie będą chcieli, żeby monitoring założyć, ale zrobi się cichy przetarg, zamontuje się atrapy, wszyscy będą zadowoleni, zaraz gdzie jest plan miasta, o, jedna linia poleci z północy na południe, przez dworzec PKS do PKP, druga przez miasteczko akademickie powiedzmy... też z północy na południe, połączy się dwie największe dzielnice, wtedy będzie można nadawać na kilku przystankach na raz, pod dworcem, na Racławickich, no i na 3 Maja, trzeba będzie tylko wyciąć te drzewa po stronie placu, żeby nie zasłaniały, pogada się z Romkiem, przekona tych od architektury, a koszty się zwrócą, trzeba będzie zrobić jakąś chwytliwą promocję, bilety będą mogły być droższe, może nawet kary się podniesie, kontrole będą jedna za drugą, albo wprowadzimy konduktorów… tylko trzeba będzie znów robić te przekręty z przychodami, ale od czego się ma najlepszych księgowych po tej stronie Wisły…jeśli to wszystko wypali będę mógł spokojnie spać, nie czekać do rana, budzić się bez zimnego potu, że straciłem kolejne godziny, kolejną noc... ależ gorąco, mogliby te okna pomalować albo co, no otworzyło się, ale zimno! Wcześnie, w tamtym roku jeszcze w listopadzie siedziałem przy otwartym oknie, a teraz ziąb jak cholera, ale lepszy chłód niż smród. Rany... chociaż przez chwilę być powietrzem wślizgującym się przez otwarte okno albo letnim popołudniem, jest ciemniej niż zwykle, nie palą się latarnie, znowu oszczędzają? oho, aż tutaj słychać dudnienie z dyskoteki, może by się tak wybrać kiedyś, zadzwonić do Pawła i Bogdana, ustawić się na jakiś balet, zrobić parę browarów, poderwać jakieś laski. Kiedy ja ostatnio wychodziłem? Cały czas w robocie. Ale taka jest cena. Coś za coś. Samotność za spełnienie. Chociaż z drugiej strony nie spodziewałem się, że to tak łatwo… bo w sumie przyszło względnie łatwo. Ale to dlatego, że nikt nie wie, nikt nie podejrzewa… Ekstra stąd widok na starówkę i Zamek, w dzień oczywiście, ciekawe, czy będzie widać... nie, za ciemno, i nie pod tym kątem… ale fajną tą iluminację zrobili, wreszcie coś się dzieje i jakoś to wygląda, oho, a to co ma być? dźwig? nie... pod Zamkiem? za nisko, ognisko ktoś tam rozpala czy co?, dziwne jakieś to światło, nie, zdawało mi się chyba, dobra, trzeba kończyć na dzisiaj, wylogowałem? Dobra, cholera, gdzie ja te klucze… a mam, Halinka znowu nie posprzątała, niedopałki to mogłaby wyrzucić, za co jej tu kurwa płacimy? Muszę o tym wspomnieć na najbliższej radzie zarządu. Żeby takimi pierdołami... mam nadzieję, że przegłosują wszystkie wnioski. Kawecki się może burzyć, manager za dychę, tylko by w dupę właził. Ciekawe, czy Nowicki miał rację, że to krewny prezydenta, pewnie tak, bo inaczej to by tej roboty nie dostał. Dobrze, że odchodzi. Nigdy nie zrozumie. Tacy nigdy nie rozumieją. Ale to też jest cholera chore, żeby nie mieć wpływu na to kogo się zatrudnia. Ja pierdolę, jak ja nie znoszę tej windy, jak się kiedyś zerwie... ciekawe czy to ich pogotowie naprawdę całą dobę działa.. do widzenia panie Szymonie, tak tak, pozamykane, ale pan pamięta żeby alarm włączyć, fajne te drzwi na fotokomórkę, ale zawsze mam wrażenie, że się nie otworzą, cholera... jak zimno, skąd ta mgła?
Po odkryciu, jakiego dokonał nie mógł znaleźć sobie miejsca. Paradoksalnie, nic nie zostało wyjaśnione, przeciwnie, pojawiło się jeszcze więcej pytań. Czuł się jeszcze bardziej zagubiony i bezradny. Tylko przebywanie w niewidzialnym domu przynosiło odczuwalną ulgę. Z biegiem czasu zamieszkał w nim na stałe. Miał tam koc, karimatę, poduszki a nawet małe radio na baterie, które jednak nie odbierało zbyt dobrze. Na obserwowaniu nowo odkrytego zjawiska schodziły mu całe dnie. Z czasem jednak znów zaczął wychodzić i przemierzać miasto w nadziei, że znajdzie jego źródło, coś, co wyjaśni jego cel i przyczynę. Przez pewien czas wydawało mu się, że za wszystkim stoi ona. Czuł, że była blisko. Wielokrotnie zdawało mu się, że widzi ją w tłumie na ulicy czy w autobusie, jednak po dokładnym przyjrzeniu się zawsze okazywało się, że się mylił. Nie wiedział, jak wygląda a jednak był pewien, że ją pozna, gdy tylko się na nią natknie. Często idąc ulicą czuł w powietrzu jej zapach. Mógłby też przysiąc, że nie raz czuł na twarzy delikatne muśnięcia jej włosów. Odwracał się wtedy z cichą nadzieją, że ją zobaczy, ale z tyłu była tylko pustka. Raz wydawało mu się, że zobaczył ją w autobusie. Kupił sobie wtedy lunetę i od tej pory częściej niż zwykle siadał na dachu swojego niewidzialnego domu obserwując tłumy przelewające się przez przejście na dwupasmówce. Któregoś ranka, zaraz po przebudzeniu przez krótką chwilę był przekonany, że już ją spotkał, wiotką i szumiącą powietrzem, że wystarczy zejść na dół po niewidzialnej drabinie aby ją zobaczyć. Dopiero po chwili jak uderzenie młotkiem w głowę wróciła mu świadomość prawdziwej rzeczywistości. W końcu pogodził się z myślą, że nigdy jej nie odnajdzie i przestał szukać. Mógł tylko czekać. Zrozumiał też, że to nie ona stoi za odkrytym zjawiskiem i nie ona jest kluczem do odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Pewnej nocy wydawało mu się, że ktoś puka do jego niewidzialnych drzwi. W pierwszej chwili zignorował to będąc pewnym, że coś mu się śniło. Jednak gdy pukanie się powtórzyło usiadł i zaczął nasłuchiwać. To nie był wiatr. Ktoś najwyraźniej próbował dostać się do domu. Przestraszył się myśli, że mógł to być złodziej, ale uświadomił sobie, że żaden złodziej nie pukałby do domu, który ma okraść. A już na pewno do domu, którego nie widać. Gdy pukanie się powtórzyło postanowił zapalić zapałkę i sprawdzić kto to. Przesunął się do drzwi i drżącymi rękami sięgnął po pudełko. Błysnęło światło płomienia. Mrużąc oczy od nagłego blasku podniósł rękę z zapałką na wysokość głowy i spojrzał w niewidzialne drzwi. Nie zdawał sobie z tego wtedy sprawy, ale po raz pierwszy od wielu miesięcy na jego twarzy pojawił się uśmiech. Jednak nim zdążył położyć rękę na klamce nie wiadomo skąd pojawiła się mgła, w mgnieniu oka pożerając wszystko co stanęło jej na drodze. Zapałka zgasła a świat pogrążył się w białej, bezkształtnej mazi.
Kilka następnych dni przeleżał zupełnie pozbawiony sił i apetytu. Na początku myślał, że to początki grypy lub przeziębienia, którego mógł nabawić się siedząc w chłodne dni na dachu niewidzialnego domu. Nic go jednak nie bolało i nie miał gorączki. Mimo to nie miał siły się podnieść i usiąść, nie mówiąc już o chodzeniu i zejściu po niewidzialnej drabinie. Dziwne było to, że w czasie tych dni dwa razy miał wrażenie, że jego przezroczysta kryjówka została zauważona. Pierwszy raz było to około południa, kiedy poczuł, że ktoś go obserwuje. Z trudem obrócił się na bok i w niewielkiej odległości od drabinki zobaczył małego, może 8 letniego chłopca twarzą zwróconego prosto w jego kierunku. Nie wiedział co robić, ale nie czuł strachu. Po chwili jednak do chłopca podbiegła kobieta. Wzięła go za rękę, włożyła mu w nią białą laskę i oboje odeszli. Drugi raz wydarzył się, kiedy dochodził już do siebie i mógł swobodnie wstawać i siedzieć. W sobotnie przedpołudnie na placu zamkowym zaparkował kolejny autobus z wycieczką. Zwrócił na niego uwagę, bo był piętrowy, miał przyciemniane szyby i piękne, kolorowe malowanie. Z autobusu wysiedli młodzi ludzie o śniadej karnacji, ale było też wśród nich kilka starszych osób, między innymi mężczyzna na wózku. Cała grupa skierowała się w stronę starego miasta. Obserwował ich z zaciekawieniem kiedy zorientował się, że człowiek na wózku patrzy dokładnie w jego kierunku. Pchany przez młodą dziewczynę o kruczoczarnych włosach wózek przejechał pod niewidzialnym domem, ale siedzący na nim mężczyzna cały czas patrzył się w górę i tym razem nie był niewidomy.
Z upływem tygodni i miesięcy coraz trudniej było mu żyć ze świadomością odkrycia, którego dokonał. Czuł, że powinien podzielić się nim z innymi. Zaczął krążyć po placu zamkowym i okolicznych przystankach próbując rozmawiać z ludźmi. Na początku słowa nie mogły mu przejść przez gardło – zaczepiona osoba odchodziła przestraszona lub zdenerwowana. Powoli jednak zdołał przezwyciężyć bezgłos i słowa wydawały się same wypływać z jego ust. Mimo to nikt nie chciał go słuchać. Nawet kiedy ktoś był na tyle cierpliwy, żeby usłyszeć całą opowieść, i tak zbywał go pobłażliwą uwagą lub odchodził nie rozumiejąc. Kilka razy wezwano policję i pogotowie, ale za każdym razem zdołał schować się w niewidzialnym domu i uniknąć kłopotów. Potem ludzie zaczęli go rozpoznawać i przestali się go bać. Sprzedawcy w straganach i Ukraińcy handlujący pod supermarketem znali jego historię na pamięć. Najbardziej bolało go to, że żaden z nich nie traktował tego poważnie.
Nie wiem, jak i kiedy się tu znalazłem. Nie sięgam tak daleko w przeszłość. Ważne, żebym mógł nadal wisieć tak na łańcuchach ze światła i wiatru tuż nad ciepłą ziemią. Nie zawsze co prawda jest to takie przyjemne. Czasami w niebie robią się dziury i muszę zatykać je na gwałt wszystkimi wieżami. Strasznie się wtedy pocę, tylko zamiast potu wycieka ze mnie gęsta jak krew cisza. W takich chwilach zwykle zasypiam i niekiedy słyszę przez sen dalekie głosy, które nawołują się na wietrze. Ogólnie jednak jest spokojnie. Zdrowie też mi raczej dopisuje. Nie miewam poważnych zatorów i korków. Co więcej, ostatnio czerwone i żółte płytki zaczęły krążyć z dziwną regularnością. Sporadycznie tylko wymiotuję mgłą, ale lubię jej stęchły zapach. Wiem, że pochodzi z bardzo głęboka. Opowiada mi o tym co dzieje się w odległych zakątkach mojego rozstrzelanego ciała, szczególnie w betonowych protezach, z którymi połączony jestem tylko cienką siecią przeszczepionych, asfaltowych żył.
Często nie mogę spać. Budzą mnie odgłosy nocnych klubów albo (co jest znacznie przyjemniejsze) zapach i delikatny dotyk rozwianych wiatrem włosów. Może to nie istotne, ale jednej takiej nocy wydawało mi się, że tuż przed moim zamkowym nosem zabłysło słabe światełko. Migotało przez chwilę i zaraz zgasło. Zresztą zaraz potem przyszła mgła i świat znowu pogrążył się w wieczności.
Mieszkała na dalekim, zapomnianym osiedlu w opuszczonych barakach. Codziennie rano zbierała zgniłe liście i parzyła z nich wywar o mocnym, ziemnym zapachu. Potem wychodziła ze swojej komórki i wznosiła się ponad miasto. Jej włosy opadały wtedy aż do ziemi, tworząc tuż nad nią niewidzialny las pojedynczych kosmyków kołysanych wiatrem. Wisząc tak wpatrywała się w horyzont szukając szczelin w okrywającym miasto sklepieniu. W zimne dni oczy zachodziły jej łzami, spierzchnięte usta dygotały. Okrywała się wtedy własnymi włosami jak puchową kołdrą i zasypiała spokojnie odurzona ciepłem. Kiedyś, podczas jednej z wielu bezsennych nocy wydawało jej się, że widzi nad miastem płomień świecy. Nie wiadomo jednak skąd pojawiła się mgła i pogrążyła wszystko w głuchej ciszy.
Skończył pisać i wstał od stołu. Dopił resztkę kawy, rękopis schował do szuflady i wyszedł zabierając ze sobą tylko butelkę wina, która ostała się po jakiejś imprezie i trochę suchego chleba na drogę. Ptaki siedziały na gołych drzewach i krzakach. Zmarznięte, nie uciekały nawet kiedy przechodził w odległości wyciągniętej ręki. Ulice były zupełnie puste. Gdzieś daleko słychać było przez chwilę przejeżdżający autobus. Na horyzoncie niebo miało kolor krwistej czerwieni.
W głowie miał tylko to, co opowiedział mu poprzedniego dnia nieznajomy na przystanku pod dworcem PKS. Twierdził, że autobusy przegubowe i zwykłe stawają na przystanku w określonych odstępach czasu (biorąc pod uwagę różnice spowodowane korkami) i jeśli autobusy przegubowe (długie) zapisywać jako kreski a normalne (krótkie) jako kropki, okaże się, że pojazdy nadają w alfabecie Morse’a niezmiennie jedno i to samo hasło: . . . _ _ _ . . . _ _ _ . . .